• Index
  • Morgan Sarah Zbuntowana ksiezniczka Romans z szejkiem 20
  • Porwanej i sprzedanej powrĂłt do piekła Forsyth Sarah
  • GRD1020.Anderson_Sarah_M_Mroczna_namietnosc
  • M421. Morgan Sarah Niezwykła pielęgniarka
  • Morgan Sarah PocaĹ‚unek ksiÄ™cia
  • Morgan Sarah Zbuntowany lekarz(1)
  • Morgan Sarah Niezwykla pielegniarka
  • Morgan Sarah Pierścionek z brylantem
  • Morgan Sarah Swiatla Londynu
  • Cykl Pan Samochodzik (43) Buzdygan hetmana Mazepy Sebastian Miernicki
  • 52/7177, 61/6604, 55/1813, 78/2423, 61/3941,

    [ Pobierz całość w formacie PDF ]

    wał z ziemi białe smużki, które ocierały się o nogi przechodniów jak domowe koty. To był magiczny
    świat, jak we wnętrzu szklanej kuli ze śniegiem.
    Dotarły na skraj straganów z rękodziełem i już miały zawrócić w stronę sceny, bo Chloe chciała
    posłuchać muzyki, kiedy nagle ktoś ją zawołał.
    Jake Yardley stał pod kolorowymi światełkami rozpiętymi nad uliczką, przy której stały straga-
    ny. Ludzie omijali go, obrzucając zaciekawionymi spojrzeniami. Był fascynujący, skupiony i inteli-
    gentny, i miał te oczy Yardleyów, które przeszywały człowieka na wylot. Rodzina Cirrinich utrzymy-
    wała stosunki towarzyskie z Yardleyami - oba rody miały pieniądze i wielkie posiadłości w mieście -
    ale Jake był o parę lat starszy od Josey i posłano go do szkoły z internatem, podczas gdy ją uczył w
    domu tabun nauczycieli, więc w dzieciństwie tak naprawdę się nie spotykali. A kiedy już do tego do-
    chodziło, na jakiejś uroczystości lub podczas święta, Josey była nim bez reszty zafascynowana: jego
    oczami, uprzejmością, posłuszeństwem wobec rodziców. Jeszcze nigdy nie widziała czegoś takiego.
    Nieczęsto bawiła się ze swoimi rówieśnikami, więc nie widziała nic złego w uszczypnięciu go, żeby
    zwrócić na siebie jego uwagę. Kiedy był młodszy, płakał. W starszym wieku zaczął patrzeć na nią z
    tak autentyczną litością, że uciekała, gdzie pieprz rośnie.
    - Clo, proszę! - zawołał rozpaczliwie i trochę niewyraznie.
    - Cholera. Nie sądziłam, że tu przyjdzie. I chyba pił - rzuciła Chloe sztywno, odciągając Josey i
    oglądając się przez ramię. - Dobrze, że przynajmniej jest z nim Adam.
    To jedno słowo wystarczyło, by Josey zatrzymała się jak wryta i odwróciła się bezwolnie, jakby
    posłuszna rozkazowi hipnotyzera. Adam usiłował przemówić Jake'owi do rozsądku. Stał przed nim,
    starając się go powstrzymać. Jake wymachiwał rękami w stronę Chloe i Adam odwrócił głowę. Znie-
    ruchomiał z otwartymi ustami, w pół zdania. Jego spojrzenie padło na Josey. Czy ją rozpoznał? Czy to
    dlatego, że ona tak wygląda? Mężczyzni tak na nią nie patrzyli. A już na pewno nie on. Tego rodzaju
    powłóczyste spojrzenia od stóp do głów były przeznaczone dla kobiet takich jak Della Lee i Chloe, nie
    Josey. Spojrzała na siebie, usiłując dostrzec to co on. Zobaczyła czerwony sweter, choć w większości
    ukryty za ogromną chmurą cukrowej waty. Szybko schowała ją za plecy, ale było za pózno. Adam już
    się odwrócił i pociągnął Jake'a za sobą.
    - Od dawna? - zagadnęła Chloe.
    R
    L
    T
    Josey odwróciła się do niej. Chloe przyglądała jej się w zamyśleniu.
    - Słucham?
    - Od dawna jesteś zakochana w Adamie? Josey wyjęła cukrową watę zza pleców.
    - Mam to wypisane na czole?
    Chloe tylko się uśmiechnęła.
    - Od pierwszego wejrzenia - dodała Josey cicho.
    - On chyba nie wie.
    - No pewnie, że nie.
    Chloe obejrzała się za Adamem i Jake'em i wzięła Josey pod ramię.
    - Chodz.
    Po drodze do sceny Josey wyrzuciła tę beznadziejną cukrową watę. Dorośli tego nie jedzą. Głu-
    pio, że ją kupiła.
    Przed sceną stał tłum; Josey weszła za Chloe w ciepły i rozbrzęczany ludzki rój. Jeszcze nigdy
    czegoś takiego nie doświadczyła, takiego ruchu i jedności. Całkiem jakby otaczała ją ciepła fala czło-
    wieczeństwa. Początkowo się przestraszyła, jakby ta fala mogła wydusić jej powietrze z płuc albo roz-
    dzielić ją z Chloe, ale potem poddała się jej jak rzecznemu prądowi.
    I to było cudowne.
    Mocne basy muzyki grzmiały tak głośno, że czuła wibracje pod stopami. Przez wiele lat słucha-
    ła muzyki na festiwalu, leżąc w łóżku. Nigdy nie sądziła, że będzie tu tak stała.
    Jakąś godzinę pózniej nagle przestała poruszać się wraz z tłumem. Zrozumiała, że on jest bli-
    sko, zanim się odezwał.
    - Chloe?
    Chloe odwróciła lekko głowę.
    - Adam - powiedziała i znowu spojrzała na scenę.
    - Zaprowadziłem go do domu. - Adam pochylił się, mówiąc podniesionym głosem, żeby go
    usłyszała. - Do mojego domu. Był trochę wstawiony. On naprawdę chce ci dać od siebie odpocząć.
    Czuje się strasznie z powodu tego, co się stało.
    - I dobrze.
    Adam zerknął z zaciekawieniem na Josey.
    - Hm... Cześć, Josey.
    - Cześć.
    Wyprostował się, a ona znowu spojrzała na scenę, ale bardzo wyraznie odczuwała jego bliskość.
    Gdyby lekko się odchyliła, mogłaby go dotknąć. Przymknęła oczy, zastanawiając się, co by poczuła,
    gdyby objął ją od tyłu. Przejęło ją trwożne pragnienie, tęsknota, którą zwykle zaspokajała jedzeniem.
    Pożałowała, że wyrzuciła cukrową watę.
    R
    L
    T
    Przysunął się odrobinę. Czy się jej wydawało, czy się pochylił nad jej włosami?
    Otworzyła oczy.
    Adam ją... wąchał.
    O Boże, pomyślała. Jej życie stało się strasznie dziwne, odkąd Della Lee pojawiła się w jej sza-
    fie. Czy to się naprawdę dzieje? Może się jej przywidziało? A jeśli zaczyna wariować?
    Przestraszyła się tak bardzo, że odwróciła się szybko, by się upewnić.
    I wpadła na pierś Adama.
    Podtrzymał ją, a ona spojrzała w górę. W jego błękitnych oczach było tyle słońca... Na kędzie-
    rzawych jasnych włosach osiadły drobinki śniegu jak papierowe strzępki. Jeśli włosy mu przemokną,
    te loki zwiną się w sprężynki. Wiedziała to, bo od lat przyglądała mu się, gdy podchodził do jej ganku
    w deszczu. Zawsze tak wyglądał, gdy padało, a w tym śniegu wydawał się w swoim żywiole.
    Natychmiast się odwróciła, a jego ręce zsunęły się z jej ramion.
    - Muszę iść - powiedziała do Chloe, pochylając się ku niej.
    Chloe powiodła wzrokiem od niej do Adama i z powrotem.
    - Wszystko w porządku?
    - Tak, świetnie, ale muszę już iść.
    - Dobrze. Adam, odprowadzisz Josey do samochodu?
    - Nie! - wyrwało się Josey. Spróbowała się uśmiechnąć, żeby ratować sytuację. Tamci patrzyli
    na nią, jakby sfiksowała. - Nie, dam radę. Naprawdę. Pójść. Do samochodu. Dziękuję. Do zobaczenia
    wkrótce.
    Kretynka, kretynka, kretynka, mamrotała do siebie, odchodząc.
    Adam i Chloe odprowadzili ją wzrokiem.
    - Wiesz, o co tu chodzi, prawda? - odezwała się Chloe. Adam pokręcił głową.
    - Taka już jest. [ Pobierz całość w formacie PDF ]



    Wątki